Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Umizgi do Moskwy

Treść

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

UE ma naciskać na Rosję. Ale tak, by zachować „kanały komunikacji” – mówiła w Warszawie szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini.

Wybór włoskiej socjalistki nie był dobrze przyjęty w Warszawie ze względu na jej prorosyjskie poglądy i koncentrację na tematyce bliskowschodniej kosztem kwestii polityki bezpieczeństwa w samej Europie, szczególnie na wschodzie. Może dlatego z pierwszą wizytą zagraniczną po objęciu urzędu wysokiego przedstawiciela do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa udała się do Polski.

Odbycie wizyt we wszystkich stolicach państw UE zaraz na początku kadencji Mogherini obiecywała podczas swojego przesłuchania w PE, wtedy jednak zapowiadała, że pierwszą stolicą będzie Ryga, gdyż Łotwa obejmuje od stycznia prezydencję w Unii. Komisarz obiecywała wówczas spotkanie z różnymi środowiskami w odwiedzanych krajach. Tymczasem w Warszawie była zaledwie kilkanaście godzin (wliczając nocleg) i spotkała się tylko z politykami, przy czym jedynie spotkanie na śniadaniu z polskim szefem dyplomacji Grzegorzem Schetyną można uznać za więcej niż kurtuazyjne.

Jeszcze tego samego dnia Mogherini udała się do Tel Awiwu. Zadeklarowała, że traktuje to połączenie jako symboliczny gest oznaczający, iż sprawy sąsiedztwa wschodniego, w które najbardziej zaangażowana jest Polska, i problemy bliskowschodnie mają stanowić „równoległe, a nie sprzeczne priorytety”. W praktyce politycznej bywa z tym różnie, bo często okazuje się, że na przykład Rosja jest cennym sojusznikiem w walce z islamskim terroryzmem i trudno jednocześnie na takiego niezbędnego partnera nakładać sankcje z powodu Ukrainy.

Presja werbalna

Mogherini dużo mówiła o znaczeniu rocznicy członkostwa Polski w UE, polskim przywiązaniu do europejskich wartości i integracji kontynentu, co jej zdaniem stanowi „potężną wartość dodaną” naszego kraju i jest jego „kapitałem”. Obiecała wykorzystywanie polskiego doświadczenia, „szczególnie na kierunku wschodnim”. Nie widać jednak żadnych konkretnym faktów świadczących o przyjęciu polskiego punktu widzenia na kryzys ukraiński i rolę Rosji w obecnych relacjach międzynarodowych przez całą UE. Chyba że za sukces uważa się wprowadzenie i niecofnięcie skromnych antyrosyjskich sankcji.

Unijna komisarz, jak można się było spodziewać, potępiła obecność wojskową Rosji na terytorium Ukrainy i w jej pobliżu, a także bezprawne wybory zorganizowane w niedzielę przez separatystów na kontrolowanych przez siebie obszarach wschodniej Ukrainy. Sytuację w Donbasie ocenia jako „skrajnie złą”.

Widać jednak w wypowiedziach Mogherini wyraźny brak jakiejś politycznej idei, przemyślanej wizji działań Europy wobec wschodu, co tak kontrastuje z coraz to nowymi inicjatywami i prowokacjami Moskwy.

– Potrzeba jednocześnie wywierania presji na Rosję i posiadania skutecznego kanału komunikacji z kierownictwem tego kraju, który pozwoli na znalezienie wspólnego rozwiązania, przede wszystkim dla samej Ukrainy, aby zachować jedność tego kraju – stwierdziła.

Nie chciała wypowiadać się na temat ewentualnych nowych sankcji, odsyłając do decyzji państw członkowskich, lecz także nie wykluczyła przyjęcia takiego rozwiązania. Unia Europejska – obiecywała Mogherini – ma być „zorientowana na działania” dowodzące rzeczywistego „przywiązania do zasady suwerenności i integralności” państw.

Jeśli chodzi o konkretne rozwiązania, to wydaje się, że komisarz ma do zaproponowania jedynie powrót do zasad protokołu z Mińska, o którym rzeczywiście mówią wszystkie strony konfliktu, gdy jednocześnie kolejne jego punkty są łamane i jest zupełnie jasne, że nie stał się on skutecznym narzędziem rozwiązania jakiegokolwiek problemu Donbasu.

Mogherini uciekła od odpowiedzi na pytanie o format rozmów na temat Ukrainy. Wymieniła swoje rozmowy z ukraińskim szefem dyplomacji Pawło Klimkinem i amerykańskim sekretarzem stany Johnem Kerrym, a tak naprawdę to – jak stwierdziła – wszystko zależeć powinno od samych Ukraińców.

Niski pułap

Jak dotąd rozmowy o Ukrainie prowadzono zarówno w tzw. formacie normandzkim (Rosja – Ukraina – Niemcy – Francja), genewskim (Rosja – Ukraina – UE – USA) i mińskim (Rosja – Ukraina – OBWE z udziałem przedstawicieli separatystów). Ostatnio dominuje normandzki, ale prezydent Petro Poroszenko wspominał o powrocie do genewskiego. Żaden nie przewiduje bezpośredniej politycznej roli Polski, a ostatnio Warszawa była zaangażowana w mediacje w związku z Ukrainą w lutym, gdy ówczesny minister spraw zagranicznych prowadził rozmowy w Kijowie razem z szefami MSZ Niemiec i Francji. Było to jeszcze w czasie rządów Wiktora Janukowycza i na krótko przed jego ucieczką.

Schetyna deklaruje, że „Polska jest zawsze do dyspozycji”, lecz są sygnały, że sam Kijów nie widzi potrzeby udziału Polski w rozmowach o rozwiązaniu kryzysu. W tej sytuacji ministrowi pozostało odwoływanie się do ogólników, takich jak ten, że polityka Europy powinna być „wspólna, przemyślana i skuteczna”.

– Jeśli spojrzeć na treść, a nie potok słów, to widać, że startujemy tak naprawdę z bardzo niskiego pułapu. Polska nie siedzi przy stole obrad na temat Ukrainy. Mamy wręcz kryzys zaufania między Polską a Ukrainą. Polska, żeby wrócić do rozmów o Ukrainie jako pełnoprawny uczestnik, a docelowo lider stanowiska Zachodu, ma przed sobą ogromną pracę do wykonania. Tymczasem nasza dyplomacja nie jest aktywna na Ukrainie nawet w planach, co pokazuje budżet MSZ na 2015 rok – ocenia poseł Krzysztof Szczerski, były wiceszef MSZ.

Schetynie marzy się nowa polityka sąsiedztwa UE. A Mogherini woli wybiegać w przyszłość. – Musimy mieć wspólną wizję i być gotowi nie tylko do natychmiastowych akcji, ale do zmierzenia się z tym, co przyjdzie za pięć, dziesięć i dwadzieścia lat. Musimy patrzeć przed siebie, by móc stawić czoła nie tylko bieżącym kryzysom, lecz także starać się zapobiegać przyszłym – stwierdziła. Dodała, że ma na myśli także wyzwania o charakterze globalnym wiążące się z pozycją Europy w świecie.

Piotr Falkowski
Nasz Dziennik, 7 listopada 2014

Autor: mj