Strach przed ebolą
Treść
(FOT. REUTERS)
Rządzący w Polsce powinni energicznie i bez zbędnej zwłoki zareagować na niepokojący rozwój sytuacji epidemiologicznej na świecie w związku z pojawieniem się epidemii choroby wywołanej przez wirus ebola (Ebola virus disease – EVD) w kilku krajach Afryki Zachodniej i sporadycznych jej zawleczeń do Europy i Ameryki, gdzie doszło już do zakażeń wtórnych.
Szkoda, że piękne tradycje polskiej infekcjologii i epidemiologii chorób zakaźnych nie znajdują przełożenia na sytuację dzisiejszą, bezprecedensowo niebezpieczną. Na wzór działań na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa żywności należałoby zabezpieczenie przeciwepidemiczne wyposażyć w takie postępowanie jak System Analizy Zagrożeń i Krytycznych Punktów Kontroli. W przeciwnym razie nie my będziemy kontrolować epidemię, a epidemia nas. Równie bezlitośnie jak w Afryce Zachodniej.
Nowa plaga
Do 8 października do Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) zgłoszono 8399 potwierdzonych i prawdopodobnych przypadków i podejrzeń EVD oraz 4033 zgonów. Do tych danych należy odnieść liczbę 416 pracowników opieki zdrowotnej, o których wiadomo, że zachorowali na EVD, i 233 zgonów w tej grupie zawodowej.
Oszacowanie rzeczywistej liczba zachorowań na EVD w Afryce Zachodniej wymaga pomnożenia liczby zgłoszonych przypadków przez 2,5. Opublikowane 26 września najdalej idące prognozy przewidują do 1 miliona 400 tysięcy zachorowań w samej Liberii i Sierra Leone do 20 stycznia 2015. Epidemia rozwija się dynamicznie, charakteryzuje ją gwałtowny przebieg zachorowań i bardzo wysoka śmiertelność, sięgająca 70 proc., czyli spośród 10 chorych na EVD umrze 7 osób. Dla porównania – na 1000 chorych na malarię umrą 3 osoby.
Od pojawienia się pierwszych objawów EVD do śmierci upływa kilkanaście dni. W przypadku AIDS, zwłaszcza wśród mieszkańców krajów wysoko rozwiniętych, pierwsze objawy zakażenia HIV mogą pojawić się po 20 latach, a leczenie retrowirusowe, pomimo szeregu problemów, niemal zrównuje długość życia osób zakażonych z wolnymi od zakażenia. Cechy epidemiczne EVD są więc skrajnie niebezpieczne, nawet na tle innych plag.
Do tego dochodzi nietypowy przebieg infekcji, jak zwykle będący wypadkową cech czynnika zakaźnego, osoby zakażonej i środowiska. Dawna nazwa gorączka krwotoczna ebola (Ebola haemorrhagic fever – EHF) straciła swoje uzasadnienie i w sytuacjach kryzysowych, a takie zawsze stwarza, może wprowadzać w błąd, skoro zebrany materiał obejmujący pierwszych dziewięć miesięcy epidemii wskazuje, że pomiędzy wystąpieniem objawów a wykryciem przypadków najczęściej pojawiały się: gorączka (87,1 proc.), zmęczenie (76,4 proc.), utrata apetytu (64,5 proc.), wymioty (67,6 proc.), biegunka (65,6 proc.), ból głowy (53,4 proc.) i ból brzucha (44,3 proc.). Specyficzne objawy krwotoczne były rzadko zgłaszane (przez mniej niż 1 proc. do 5,7 proc. pacjentów. Niewyjaśnione krwawienie pojawiło się u 18 proc. przypadków. Jak widać, nawet kluczowy objaw choroby, jakim jest gorączka powyżej 38 st. C, może nie wystąpić.
Od 14 października 2014 r., kiedy to Szpital św. Jerzego w Lipsku zamieścił komunikat o zgonie leczonego tam pracownika ONZ wraz z krótkim opisem podjętych środków ostrożności, pojawił się niedościgniony standard bezpiecznej dla personelu i środowiska opieki nad chorym na EVD. Za jakiś czas będzie wiadomo, czy rzeczywiście skuteczny. Obok informacji, że pacjent był leczony w sali z ujemnym ciśnieniem, filtrami powietrza napływającego i wychodzącego, urządzeniami do dekontaminacji ścieków, niemieccy lekarze podali szereg szczegółów, które mogą zszokować personel medyczny nie tylko w Afryce Zachodniej, gdzie para rękawiczek musi wystarczyć na cały rok. Oto w oddziale izolacyjnym „w ostatnich dniach przy leczeniu pacjenta zmieniano 20 do 30 par jednorazowych rękawiczek na godzinę. Dodatkowo codziennie zużywano 100 zestawów specjalnej odzieży ochronnej. […] Załoga szpitalna była zawsze wyposażona w odzież wodoszczelną i specjalne respiratory. Zdejmowanie odzieży ochronnej odbywało się w wykonaniu drugiej i trzeciej osoby, nigdy samodzielnie”.
O ile zawodowe zabezpieczenia w postaci „kosmicznych” strojów, gogli, masek, rękawiczek, kaloszy itd. są znane z ekranu telewizyjnego, o tyle dla potrzeb życia codziennego warto wiedzieć, że za odległość bezpieczną od chorego na EVD uznaje się więcej niż 1 metr, co wynika z przekonania, że wirus nie szerzy się drogą kropelkową. Jednak objawowy chory kaszlący, kichający, plujący i wydmuchujący nos bez zachowania należnej higieny może zarazić ludzi z otoczenia, jeżeli jego ślina lub śluz dostaną się komuś do oczu, nosa lub ust. Podawanie rąk, dotykanie klamek, poręczy, uchwytów itp. zawsze zagraża złapaniem jakichś zarazków, także wirusów eboli, stąd nie wolno dotykać twarzy, zwłaszcza oczu, nosa, ust, zanim po powrocie do domu nie umyje się starannie rąk ciepłą wodą z mydłem.
Wirus mutuje
Obecna epidemia wywołana przez wirus ebola zaczęła się 2 grudnia 2013 r. od kontaktu wędrownego nietoperza owocożernego z dwuletnim chłopczykiem w Gwinei. Dziecko zmarło 6 grudnia, po tygodniu jego matka, pod koniec miesiąca trzyletnia siostra i wreszcie w styczniu br. babka. Jeszcze 14 marca 2014 r. portal Africaguinee.com podawał, że w Gwinei ludzie umierają na chorobę o nieznanej nazwie. Dopiero 10 dni później Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła pierwszy komunikat o pojawieniu się tam ogniska EVD. Potem nastąpił wielomiesięczny okres karygodnej bezczynności WHO i całej ONZ. Zapewne sekretarz generalny zajmował się organizowaniem toalet wspólnych dla wszystkich płci i preferencji oraz innymi wzlotami ideologii gender. Pomimo alarmów ze strony organizacji pozarządowych Médecins du Monde (Lekarze Świata), Rady Bezpieczeństwa (stanowisko z 8 lipca 2014), ofiar ponoszonych przez personel medyczny, w tym wśród misjonarzy, zwłaszcza bonifratrów (zmarło 4 braci – lekarzy, jedna siostra – pielęgniarka, kilkunastu współpracowników), badaczy śledzących mutacje wirusa ebola, WHO nie podejmowała działań dla stłumienia epidemii w zarodku. Aż przyszedł 8 sierpnia, a z nim dramatyczne wezwanie WHO do walki z bezprecedensowym w historii świata zagrożeniem dla całej ludzkości. 15 września w podobnym tonie wypowiedziała się Rada Bezpieczeństwa, później odbyła się dyskusja podczas sesji plenarnej ONZ.
Obfita już jest literatura przedmiotu, budzące grozę relacje mediów o zwłokach leżących na ulicach, których nie ma kto pochować, wymieraniu całych rodzin, szpitalach odmawiających przyjęć z powodu przepełnienia, strajkach i ucieczkach personelu medycznego. Dzisiaj już nikt nie ma wątpliwości co do rozmiarów katastrofy humanitarnej, w dużej części zawinionej przez bezczynność struktur ONZ, zwłaszcza WHO.
Dr Zbigniew Hałat
Autor jest lekarzem medycyny, specjalistą epidemiologiem.
Nasz Dziennik, 17 października 2014
Autor: mj