Przyświecał nam jeden cel
Treść
Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik
Z Marcinem Możdżonkiem, siatkarzem reprezentacji Polski, rozmawia Piotr Skrobisz
Wierzył Pan, że reprezentacja Polski może zdobyć mistrzostwo świata?
– Nikt nie robił takich założeń, że idziemy metodycznie do przodu, krok po kroku, po złoty medal i na pewno go zdobędziemy. Nikt nie był tego pewny, ale o złotym krążku marzyliśmy, choć nie wszyscy mówiliśmy o tym głośno.
Kiedy zatem przekonaliście się, że to złoto jest nie tylko realne, ale wręcz na wyciągnięcie ręki?
– Ja przekonałem się o tym po pokonaniu Brazylii i Rosji w trzeciej fazie turnieju. Wtedy znaleźliśmy się w najlepszej czwórce, a będąc w niej, można osiągnąć wszystko. Wiedziałem też, że jesteśmy na najlepszej drodze, by zrealizować swoje marzenia, i jedyne, co musimy zrobić, to tę szansę wykorzystać. Nie znaczy to oczywiście, że spodziewałem się łatwej przeprawy. Tak nie było, lecz sprawy potoczyły się idealnie po naszej myśli.
Stéphane Antiga jeszcze przed rozpoczęciem mistrzostw przyznał, że medal będzie jedynym celem, ale nie precyzował konkretnie jego barwy. Brązowy też uznalibyście za sukces?
– Każdy medal przyjęlibyśmy z radością i uznali za sukces, bo każdy medal zdobyty na tak wielkiej imprezie, z tak wieloma wspaniałymi i groźnymi rywalami, jest sukcesem.
Pytani o klucz do sukcesu, do tytułu, zgodnym chórem odpowiadaliście: „zespół”. Co stanowiło o jego sile i wyjątkowości?
– Potwierdzę, że kluczem do sukcesu była drużyna. Zwykle tak jest. A co ją charakteryzowało? Myślę, że głównie wyrównany skład. Obojętnie, kto by wychodził na boisko, jakość gry na tym nie cierpiała, a wielokrotnie wręcz zyskiwała. Mieliśmy w kadrze samych bardzo dobrych i bardzo wyrównanych zawodników, z których każdy w danym momencie mógł i potrafił wziąć na swoje barki odpowiedzialność za wynik. Każde zmiany dokonywane przez trenerów były przemyślane i wnosiły coś konstruktywnego. A nam przyświecał tylko jeden wspólny cel, na nim się koncentrowaliśmy, a wszystkie inne sprawy, które mogły przeszkadzać w jego realizacji, zostawialiśmy z boku.
A kiedy ten zespół stał się zespołem prawdziwym, z krwi i kości? Mówiąc inaczej, kiedy poczuliście jedność?
– Powiem, kiedy poczuliśmy się mocni. Podczas drugiej fazy mi- strzostw mieliśmy kilka bardzo trudnych pojedynków z rzędu i wyszliśmy z nich obronną ręką. Dziś mało kto o tym pamięta, ale przegrywając choćby jeden z nich, mogliśmy nawet pożegnać się z turniejem, tak wyrównana była stawka. Ale przełamaliśmy siebie, przełamaliśmy przeciwników, znaleźliśmy w sobie moc i wiarę, co nas szalenie wzmocniło. Dalej kroczyliśmy już dużo pewniejsi.
Antiga stwierdził, że nawet jego zaskoczyła siła mentalna zawodników. Faktycznie czuliście, że nie ma przeszkody, której nie da się pokonać?
– Bo nie było i nie ma przeszkody, której nie bylibyśmy w stanie pokonać. Teoria to jedno, ale trzeba to jeszcze zrobić w praktyce. Jak? Nie baliśmy się podjąć ryzyka, podjąć wyzwania do gry na najwyższym poziomie. Gry pewnej, agresywnej, a nie bojaźliwej czy opartej na szczęściu. Oczywiście wszystkie zwycięstwa, które po drodze się zdarzały, napędzały nas i dodawały wiary we własne umiejętności.
Na mistrzostwach reprezentacja Polski poniosła tylko jedną porażkę, z USA. To był najtrudniejszy moment na turnieju?
– Nie, były o wiele trudniejsze. Ze Stanami przegraliśmy, gdyż sami zagraliśmy źle, a oni z kolei rewelacyjnie. Ale nawet w takich okolicznościach mogliśmy wygrać. Najcięższe momenty przyszły później, mecze z Włochami, Iranem, Francją. To były boje o wszystko, podczas których staliśmy pod ścianą i musieliśmy zwyciężać.
Niektórzy komentatorzy śmiali się, że gonicie – skutecznie – legendarną drużynę mistrzów świata z 1974 roku w liczbie wygranych meczów pięciosetowych. Chyba jednak wolelibyście takich maratonów, o takim natężeniu, uniknąć?
– Szczerze mówiąc, nie miało to żadnego znaczenia. W siatkówce są proste i jasne reguły, wygrywa ten, kto pierwszy przechyli na swoją korzyść trzy sety. Każdy mecz to walka, walka o każdą piłkę i każdy punkt. Faktycznie, tak się w pewnym momencie nasze potyczki poukładały, że musieliśmy rozgrywać długie maratony, ale proszę mi wierzyć, nie planowaliśmy tego.
Jeszcze przed turniejem wielu zastanawiało się, jak poradzicie sobie z presją. Wcześniej rzadko się bowiem zdarzało, by mistrzem świata został gospodarz turnieju.
– Presja była, jest i będzie. Nic niezwykłego, nic nowego, jesteśmy do niej przyzwyczajeni, stykamy się z nią na każdym kroku.
Jak zatem sobie z nią radzicie? Albo inaczej, jak uchronić się przed świadomością, że kilkanaście milionów ludzi oczekuje jednego – zwycięstwa?
– Stosunkowo bardzo prosto. Trzeba skupić się na tym, co ma się do zrobienia, w naszym przypadku na siatkówce. Im mocniej to robiliśmy, tym mniej docierało to do nas z zewnątrz.
Zatrzymajmy się na chwilę przy Antidze. Jeszcze kilka miesięcy temu byliście kolegami albo rywalami z boiska, nie wpływało to w żaden sposób na wzajemne relacje?
– Fakt, ta sytuacja od nas wszystkich wymagała ogromnej odpowiedzialności. Wydaje mi się nawet, że większa spoczywała na naszych, zawodników, barkach. Mówiąc „odpowiedzialność”, mam na myśli poczucie, że musimy razem iść do celu, i świadomość, że jedziemy na tym samym wózku.
To niesamowite, że człowiek, który nie miał żadnego trenerskiego doświadczenia w swojej pierwszej pracy, od razu zdobył złoty medal mistrzostw świata. Antigę zawsze uważano za porządnego człowieka, ale to, jakim będzie trenerem, stanowiło już zagadkę.
– To wszystko prawda, Stéphane jest dobrym człowiekiem i świetnym trenerem. W żaden sposób nie chcę umniejszać jego zasług, ale pamiętajmy, że na złoty medal zapracowała cała grupa ludzi, szeroko rozumiany sztab szkoleniowy, zawodnicy, lekarze, którzy stawiali na nogi kontuzjowanych. Każdy ciężko na ten sukces zapracował. Każdy był trybikiem w wielkiej machinie, jaką jest reprezentacja, ale bez tego trybiku nie działałaby ona bez zarzutu.
Nie sposób nie wspomnieć o polskiej publiczności: dodawała skrzydeł?
– Jej wsparcie było niesamowite. Nikomu nie chcę kadzić, ale w kilku meczach moglibyśmy sobie nie poradzić, gdyby nie kibice. Fantastycznym dopingiem pchali nas do przodu, a na rywalach wywierali paraliżującą presję, całkiem ich deprymując.
Zostając mistrzami świata, niesamowicie podnieśliście sobie poprzeczkę, by poprawić to osiągnięcie, będziecie musieli zdobyć chyba olimpijskie złoto.
– My niczego nie musimy. My możemy. Taka jest różnica w naszym myśleniu i podejściu do sprawy.
Choć od turnieju minęło zaledwie kilka dni, już wiemy, że mistrzowskiego zespołu w dużej części nie ma. Reprezentacyjne kariery pokończyło czterech ważnych zawodników, mamy zatem czym się niepokoić?
– To naturalne i z tym trzeba się pogodzić. Coś się kończy, by coś innego mogło się zacząć. W każdej reprezentacji następuje wymiana pokoleń, starsi zawodnicy odchodzą, zastępują ich nowi, młodzi. Oczywiście będziemy tęsknić za kolegami, ale tak samo jak tęskniliśmy za tymi, którzy kariery pokończyli już dawno temu. Jestem przekonany, że nadal będziemy silni i sprawimy jeszcze sporo radości i kibicom, i sobie.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr SkrobiszNasz Dziennik, 25 września 2014
Autor: mj