Pierwszy szkielet
Treść
Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik
Na cmentarzu garnizonowym w Gdańsku ujawniono pierwsze ludzkie szczątki.
Badacze pracowali wczoraj w sześciu wykopach. Tylko do dwóch udało się dojechać koparce. To właśnie tam, gdzie ona pracowała, wydobywając ziemię spod płyt położonego w tym miejscu chodnika, oczom archeologów ukazały się pierwsze kości.
Stanowisko znajduje się tuż obok symbolicznych grobów „Inki” i „Zagończyka”.
– Pracujemy w tej chwili w pięciu różnych miejscach, cztery sondaże muszą być kopane ręcznie ze względu na brak miejsca. W tej chwili dokopujemy miejsce, w którym znaleźliśmy czaszkę. Koparka musiała przestać pracować. Na razie nie mogę powiedzieć nic więcej o tym odkryciu, szczątki są powoli odsłaniane – mówi prof. Krzysztof Szwagrzyk.
Czaszka znajduje się w bardzo trudnym do prac miejscu, wokół zalega bardzo duża ilość gruzu. Przeciętnie odsłanianie takich szczątków zajmuje około pół godziny, tutaj prace potrwają kilka godzin. Na razie nie wiadomo, czy w jamie grobowej znajduje się pełny szkielet i czy czaszka ma ślady postrzałowe. – Przebijamy się bardzo mozolnie przez co najmniej metrową warstwę gruzu – relacjonuje profesor.
Przez lata było tu śmieciowisko, nie wiadomo, jak daleko sięgało. Dziś warstwy te są wyjątkowo trudne do przebicia i wymagają ogromnego wysiłku ludzi, bo ciężki sprzęt nie może tu wjechać.
W wykopie obok archeolodzy natrafili na szczątki prawdopodobnie trzech trumien. Dół jest pogłębiany, na razie nie natrafiono w nim na kości. Profesor Szwagrzyk zapowiada, że jeżeli między nagrobkami zostaną odnalezione szczątki, ekipa zrobi wszystko, by je wydobyć.
– Zrobimy wszystko, żeby uzyskać wtedy ewentualnie zgodę od rodzin na czasowe rozebranie pomników i ekshumowanie ich bliskich. Ale żeby tak się stało, musimy mieć najpierw pewność, że trafiliśmy na właściwe miejsce, w którym mamy pochówki więzienne. Bez tej pewności nie będziemy tego czynić, gdyż to są koszty, i nie chcemy tych ludzi narażać na niepotrzebny stres – tłumaczy historyk.
Według historyka Waldemara Kowalskiego, majora Służby Więziennej w stanie spoczynku i wieloletniego zastępcy dyrektora więzienia na Kurkowej w Gdańsku, który pomaga ekipie profesora Szwagrzyka, w gdańskim więzieniu, leżącym niedaleko cmentarza garnizonowego, zmarło i zostało straconych w latach 1945-1956 łącznie 1470 osób. Większość z nich, bo ok. 1,1 tys., to ofiary z 1945 roku. 25 osób zakwalifikowano jako ofiary systemu politycznego.
– Są to te osoby, które nas najbardziej interesują. Spośród tych 25 osób ciał pięciu już nie znajdziemy, bo zostały przekazane Akademii Medycznej w Gdańsku, na co jest dokumentacja. Zostały one wykorzystane do nauki anatomii, a resztki spalone w piecu krematoryjnym, który funkcjonował przy prosektorium. 10 kolejnych osób zostało pochowanych w latach późniejszych, w końcówce lat 40. i 50. na cmentarzu Srebrzysto. Kolejnych 10 osób zostało w oparciu o wiele przesłanek i dokumentów pochowanych na cmentarzu garnizonowym w części bardziej zaniedbanej – mówi Kowalski.
Podstawowym dokumentem, jeśli chodzi o majora Selmanowicza i Siedzikównę, wskazującym właśnie to miejsce ich pochówku jest zachowany w aktach więziennych „Zagończyka” list napisany przez naczelnika więzienia tydzień po ich straceniu.
– To pismo z 4 września 1946 r. informujące żonę Salmanowicza, że 28 sierpnia 1946 r. został stracony jej mąż i pochowano go na cmentarzu garnizonowym przy ulicy Giełguda. Część końcowa tego listu mówi, że został pogrzebany pod numerem tabliczki 137. Tak chowano wówczas, był to prosty metalowy krzyżyk z numerem w środku – opowiada były wicedyrektor więzienia.
Tabliczki wyrzucano później razem ze śmieciami, czasami odnajdywano je w miejscach, gdzie kopano nowe groby.
– Na cmentarzu zachowały się trzy groby, jednej osoby straconej i dwóch zmarłych w więzieniu, które też dają nam pewne wskazówki co do kolejnych miejsc pochówku innych osób – dodaje nasz rozmówca.
Oprócz „Inki” i „Zagończyka” na gdańskiej nekropolii może być pogrzebany Stanisława Kulik vel Wirski „Tarzan”, stracony w gdańskim więzieniu 28 grudnia 1946 r. razem z Janem Drelichem i Henrykiem Ernstem z jego oddziału.
Piotr Czartoryski-Sziler, GdańskNasz Dziennik, 12 września 2014
Autor: mj