Najpiękniejsza porażka Interu
Treść
Byliśmy dziś drużyną bohaterów, którzy na murawie zostawili swoją krew - tak obrazowo i w swoim stylu pochwalił swych podopiecznych trener Interu Mediolan Jose Mourinho po zwycięskiej porażce 0:1 w półfinale Ligi Mistrzów z FC Barceloną. Zwycięskiej, bo dającej wymarzony awans do finału.
Mourinho przed laty pracował w stolicy Katalonii. W sezonie 1996-2000 był asystentem wpierw Bobby'ego Robsona (wielu fanów Barcelony do dziś wytyka mu tamten okres, pogardliwie nazywając go tłumaczem), później Louisa van Gaala. Z tym drugim, prowadzącym Bayern Monachium, 22 maja spotka się w Madrycie w wielkim finale Ligi Mistrzów. Czy jeszcze kilka tygodni temu ktoś się tego spodziewał? Chyba nie. Może poza samym Portugalczykiem, który jak na "The Special One" przystało, wiary w siebie i swoje trenerskie możliwości nie tracił nigdy. Przed rywalizacją z Barceloną Inter zdawał się kopciuszkiem, choć przez ostatnie lata zainwestowano w niego setki milionów euro. Nie pieniądze tu się bowiem liczyły, tylko wyjątkowość rywala poczynającego sobie na zielonej murawie jak nikt inny, mającego w składzie Lionela Messiego, artystę jedynego w swoim rodzaju. Mourinho o tym doskonale wiedział i na swoich zawodników tę pewność przelał. Pychę i arogancję, które pozwoliły przeciwstawić się Katalończykom. 3:1 sprzed tygodnia było szokiem, bo Inter sparaliżował aktywa Barcelony, zadając jej najboleśniejsze straty od lat. Mimo to przed rewanżem "Barca" zdawała się przekonana o swojej sile. Ufała, że na Camp Nou straty odrobi, awansuje do finału i stanie się pierwszym zespołem w historii Ligi Mistrzów, który obroni trofeum. Nic z tego nie wyszło. Nie pomogła jej przygniatająca przewaga (przez 75 proc. czasu posiadała piłkę), setki wymienionych podań, próby koronkowych akcji, po których defensywa Interu miała polec. Mediolańczycy wybudowali przed swoim polem karnym mur, od którego odbijali się bezsilni gospodarze. Barcelona była bezradna, choć przez godzinę grała z liczebną przewagą. Trafiła tylko raz, gdy w 84. min Gerard Piqué pokazał, że piłkarski artysta niekoniecznie musi nazywać się Messi. Poza tym taktyka nakreślona przez Mourinho okazała się dla faworyta bezlitosna. - To najpiękniejsza porażka mojego życia. Cieszę się nawet bardziej niż przed laty, gdy wygrałem Ligę Mistrzów z Porto. Wtedy jednak byliśmy o klasę lepsi, zwyciężyliśmy 3:0 i na długo przed końcowym gwizdkiem wiedziałem, że tak się stanie. Teraz było inaczej. Nie jestem dobrym piłkarzem, ale gdybym dziś zagrał, zostawiłbym na murawie krew. Moi zawodnicy właśnie tak uczynili - powiedział "The Special One", który w Mediolanie pisze kolejny rozdział swojej legendy. - Po napisach, jakie ostatnio prezentowali rywale na koszulkach, po innych epizodach wiedzieliśmy, że Barcelona się nas boi. Mimo to spodziewała się zwycięstwa, my sprawiliśmy jej niespodziankę - dodał.
Rewanżowy mecz zaczynał się i kończył w gorącej atmosferze. Gdy Mourinho jechał na konferencję prasową, jego samochód został zaatakowany przez fanów Barcelony. Podczas spotkania zachowywał się prowokacyjnie (jak to on), a po ostatnim gwizdku sędziego ruszył na murawę, by przed sektorem zajmowanym przez kibiców Interu demonstracyjnie okazywać swoją radość. Po drodze omal nie doszło bo bójki z bramkarzem "Barcy" Victorem Valdesem. Gospodarze, chcąc pozbyć się z boiska wiwatujących rywali, włączyli zraszacze, z których pod dużym ciśnieniem zaczęła się lać woda. Piłkarska Katalonia płakała z rozpaczy.
Piotr Skrobisz
Nasz Dziennik 2010-04-30
Autor: jc