Najbardziej cierpią cywile
Treść
Zdjęcie: A. Dzieduszycka/ -
Tutaj jest jak w raju w porównaniu z Donieckiem – z autentyczną radością i uśmiechem powiedziała Irena Filemonowa, mieszkająca z synkiem od maja tego roku pod Charkowem, w obozie uchodźców „Romaszka” – jak głosi transparent na bramie: „Miejscu odpoczynku”. Tymczasem, jak wjeżdżaliśmy, pomyślałam: jak można tu przeżyć dłużej niż parę dni…? Na dodatek obóz położony jest 200 m od strasznego miejsca – zbiorowego cmentarza polskich oficerów zamordowanych przez NKWD. Narzuca się w sposób naturalny przygnębiające skojarzenie.
Uchodźcy z Doniecka i Ługańska
Olbrzymi teren obozu jest byłym „pionierskim łagrem” dla dzieci i młodzieży. Zapewne 30 lat temu piękny i nieźle funkcjonujący. Stoi tu wiele różnego rozmiaru budynków, widać ślady placów zabaw, jest oczywiście dobrze zachowany pomnik Lenina. W oczy rzuca się wielkie zaniedbanie, odrapane ściany i okna, odpadające tynki, murszejące schody i poręcze, zardzewiałe rury niewiadomego przeznaczenia. Teren wydaje się opustoszały. W wiele okien wetknięte poduszki i koce. W jednym, oprócz koca, wisi malutki pluszowy miś – znak, że są dzieci.
Pani Irena pełni obowiązki kierownika obozu. Wygląda na ok. 35 lat, zadbana, w stroju narciarskim, który zapewne jest jej jedyną ciepłą odzieżą. Zaczynamy rozmawiać. Okazuje się, że przebywają tu uchodźcy z Doniecka i Ługańska. W lecie było ich ponad 600, teraz mieszka ok. 100 osób, głównie kobiety z dziećmi. Ich mężowie, ojcowie i bracia zostali tam, na wschodzie, by doglądać skromnego dobytku, przede wszystkim mieszkań – nierzadko jedynej cennej rzeczy, jaką posiadają.
Wchodzimy do pokoju zamieszkałego przez małżeństwo z 2 córkami. Tak, jest porządek, buty i ubrania ułożone równiutko, ale ściska się serce…, wszystko leży na wierzchu, prawie żadnych mebli. Na stole garnek z wodą i grzałką, w rogu malutka „farelka”. Pojedyncze okna i cieniutkie drzwi okryte szczelnie kocami. Budynki przecież były przystosowane do obozów letnich. Przerażenie wzbudzają tzw. łaźnie: kilka kranów w nieotynkowanej ścianie, przegniła drewniana podłoga w prawie odsłoniętym budynku, brudne, pourywane zasłony. Na dworze jest dzisiaj 13 st. C, niedługo jednak przyjdą mrozy.
W obozie przebywa 45 dzieci w różnym wieku. Większość chodzi do szkoły, ale do przystanku muszą przejść spory kawałek przez las. W czasie zimy, kiedy rano i po południu jest ciemno będzie im bardzo trudno. Nie mówiąc już o temperaturze, a tutaj, na wschodzie bywa naprawdę zimno…
Na łasce „wolontariuszy”
Pani Irena opowiada o życiu w obozie. Gdyby nie „wolontariusze” – tak nazywa ludzi z Charkowa i okolic przyjeżdżających z pomocą – nie przeżylibyśmy. Teren należy do prywatnej osoby, pewnego biznesmena. Zamierzał na nim urządzić letni ośrodek wypoczynkowy dla dzieci. Poruszony widokiem ludzi uciekających przed wojną do Charkowa, postanowił oddać im cały teren. Płaci za prąd, wodę i obiady. Uchodźcy przywieźli ze sobą bardzo niewiele, jedynie to, co zdołali zabrać do pociągu. Opuszczali swoje domy wiosną, pewnie z nadzieją, że wszystko szybko się zakończy, do zimy nie są przygotowani. Na szczęście okazuje się, że ludzi dobrej woli jest sporo. Od czasu do czasu przyjeżdżają z żywnością lub ubraniami. Nie wiadomo tylko, jak długo jeszcze znajdą motywację, aby pomagać. Za chwilę zima, dotrzeć tutaj trudno.
Podstawowym problemem będzie przetrwanie mrozów i śniegu na terenie letniego, nieodnawianego od 30 lat obozu. Gospodarz postanowił z własnych funduszy wyremontować jeden z budynków. Obserwujemy robotników wymieniających rury, stawiających w salach prowizoryczne ściany, ocieplających mury. Zamieszka tu w znośnych warunkach 20 rodzin. Będzie łazienka. Reszta albo pozostanie w dotychczasowych lokalach, albo uda się im znaleźć jakąś kwate- rę w mieście. To jednak będzie bardzo trudne. Ceny wynajmu wzrosły, odkąd jest napływ chętnych, a uchodźcy przecież pieniędzy nie mają. Potracili pracę i zasiłki na dzieci. Poza tym mieszkanie w mieście wiąże się z koniecznoś- cią posiadania środków na zakup żywności oraz opłaty za media. Zdeszczu pod rynnę…
Z rozmowy wynika, że właściciel chciałby wyremontować więcej domów. Pytam, czy zdąży przed mrozami, żeby doprowadzić wodę i je ocieplić. Pani Irena twierdzi, że nie ma takiej szansy przede wszystkim dlatego, że on nie ma już pieniędzy. Miejsce odwiedziło wiele komisji rządowych, pozarządowych, dziennikarzy, telewizji, ale do tej pory te wizyty nie przełożyły się na pomoc finansową. Jedzenie, ubrania – owszem, ale pieniędzy nikt nie daje.
– Wodę bierzemy z pobliskiego źródełka, bo bieżąca od tygodnia jest wyłączona. W remontowanym domku wymieniają rury – relacjonuje pani Irena. Rzeczywiście, z daleka widzimy całą rodzinę idącą po wodę z baniakami.
Wchodzimy do jednego z pokoi. Kobieta na łóżku przykryta kocem, mówi, że nie ma ochoty wstawać. Bo po co? Pod kocem przynajmniej ciepło. Telewizor włączony, to przecież podstawa przeżycia. Tak mija cały dzień. Na ścianach różne cytaty, m.in.: „Mądry człowiek zawsze znajdzie sposób, żeby nie zacząć wojny”. Odnoszę wrażenie, że te kobiety są w stanie głębokiego przygnębienia. Traumatyczne przeżycia z terenów walk, rozstanie z najbliższymi, żadnej nadziei na powrót do domu, teraz wegetacja w ciężkich warunkach. Depresja nieunikniona…
Nie mieliśmy wyboru…
Przed wybuchem walk pani Irena była dyrektorem w agencji reklamowej. 9 maja tego roku rozpoczęły się, jak to określa, „prowokacje”. Firma się rozpadła. Ostrzał miasta był przerażający, wszyscy bardzo się bali. Nie spała wiele nocy. Mówiono, że będzie jeszcze gorzej.
– Psychicznie nie wytrzymałam. W sklepach wówczas wszystko było, ale napięcia nie mogłam znieść. Postanowiłam uciekać z dziećmi. Udało się kupić bilety na pociąg, ale pociąg nie przyjechał. Moja mama namawiała mnie, żebym wróciła, ale ja za nic nie chciałam. Wszystko, tylko nie powrót. Powiedziałam, że zostanę na dworcu tak długo, aż jakiś pociąg przyjedzie. No i w końcu po wielu godzinach przyjechał. Po 7 godzinach byliśmy w Charkowie. Dwie doby mieszkaliśmy u znajomych. Zadzwoniłam do Czerwonego Krzyża, dali nam trochę produktów higienicznych, a potem przywieźli nas tutaj. Nie mieliśmy wyboru, nie mamy pieniędzy na wynajem mieszkania ani pracy – dzieli się pani Irena.
Pytam, czy się nie przeraziła, kiedy zobaczyła to miejsce. Uśmiecha się trochę zdziwiona. „Po przeżyciach w Doniecku tu dla mnie było jak w raju. W pierwszych tygodniach przyjeżdżało z pomocą wiele organizacji oraz zwykłych ludzi. Teraz już mniej, ale i nas jest mniej. Sporo osób pojechało na zachodnią Ukrainę do krewnych, wielu wróciło do Doniecka, ale też wielu z nich po dwóch tygodniach przyjechało z powrotem, ponieważ ostrzeliwania były nie do wytrzymania”.
Na pytanie, czy jest jakaś nadzieja na przyszłość, pani Irena udziela odpowiedzi, że ona takiej nie widzi. Nie wie, jak przeżyją zimę. „Zobaczymy jednak, co Bóg da. Jestem chrześcijanką. Jeśli wojna się skończy, to oczywiście wrócimy do Doniecka, ale tylko wtedy, kiedy będzie nadal należał do Ukrainy”.
– A jeśli będzie rosyjski? – pytam. Pani Irena uśmiecha się z zakłopotaniem i mówi, że została tam jej rodzina, o którą się bardzo boi. Nie chce mówić o polityce. „Jestem Ukrainką, to mój kraj, nie wiem, co będzie jutro…”. Pytam też o jej największe marzenie. „Wszyscy chcą, żeby to się zakończyło. Wszyscy chcą do domu. To jest też moje największe marzenie” – dodaje pani Irena.
Ofiary dla uchodźców na Ukrainie można przesyłać na konto Stowarzyszenia Pomocników Mariańskich: ul. Św. Bonifacego 9; 02-914 Warszawa tel. (22) 833 74 05; (22) 651 90 29; e-mail: spm@marianie.pl PKO S.A. VII/O Warszawa 53 1240 1109 1111 0000 0515 2270 z dopiskiem UKRAINA – UCHODŹCY
Agnieszka Dzieduszycka-Manikowska
Nasz Dziennik, 14 listopada 2014
Autor: mj