Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Jezu, Nadziejo nasza - zmiłuj się nad nami

Treść

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Jeden z przerażających stanów duszy ludzkiej to stan rozpaczy i beznadziei. Pojawia się wówczas, gdy niknie żywa wiara w moc i miłość Bożą. Człowiek osuwa się wówczas w ciemność spotęgowaną doświadczeniem własnej słabości. Wtedy pojawia się też szatański głos oskarżyciela, wypominającego grzechy i porażki, nawet najdawniejsze. Dusza traci zdolność rozpoznawania źródeł pomocy i chęć do szukania jej w tym, co rzeczywiście dobre i prawe. Niknie siła i wola do walki o cokolwiek. Gdy jeszcze zdarzy się, że taka dusza naraża się na utratę zbawienia poprzez brak życia sakramentalnego, to otwierają się ścieżki wiodące do nałogów czy zaspokajania namiętności. Podążanie za takimi doznaniami nie daje jednak satysfakcji, co więcej – pogłębia beznadzieję i wewnętrzną pustkę. Łatwo wtedy wpaść w depresję (na którą choruje podobno co dziesiąty Polak) czy rozważać próby samobójcze.

Benedykt XVI w encyklice „Spe salvi” pisał: „została nam dana nadzieja, nadzieja niezawodna, mocą której możemy stawić czoło naszej teraźniejszości: teraźniejszość, nawet uciążliwą, można przeżywać i akceptować, jeśli ma się jakiś cel i jeśli tego celu możemy być pewni, jeśli jest to cel tak wielki, że usprawiedliwia trud drogi” („Spe salvi”, 1). Papież przypomina jedyny cel, do którego może zmierzać ludzka egzystencja, jest nim Bóg i życie wieczne w Jego domu. Gdy ów cel zniknie nam z oczu, pozostają jedynie cele podrzędne – majątek, ludzka miłość, samorealizacja, władza czy nieustanna pogoń za nowymi doznaniami. Nawet wybudowanie domu rodzinnego bez fundamentu silnej wiary nie jest gwarancją szczęścia. Wystarczy wówczas nieuchronna fala cierpienia i cały misternie wznoszony gmach może runąć w mrok. Bez zakorzenienia się w Królestwie Niebieskim, jako ostatecznym celu ludzkich działań, także wielkie społeczności czy organizacje mogą runąć, pozostawiając po sobie pustkę. Ileż imperiów odeszło w niebyt!

Gdy przywołujemy jedyną nadzieję rodzaju ludzkiego, każdego z nas i naszej Ojczyzny, czyli Wcielone Słowo, to odwołujemy się do naszego prawdziwego celu i na nowo podejmujemy decyzję, aby do niego dążyć. Nie czynimy tego o własnych tylko siłach, ale dzięki Jego miłosierdziu, które jest – jak pisała św. Faustyna – „jedyną nadzieją dusz zrozpaczonych” („Dzienniczek”, 949). Róbmy wszystko, aby wskazać sobie i innym drogę nadziei, poprzez ukazywanie wiary żywej, dojrzałej i rozumnej. Jest to szczególnie ważne w czasach, gdy wielu zalicza wiarę do sfery emocji czy odczuć. Gdy one znikają, w sercach wygasa zainteresowanie modlitwą czy szukanie Boga. Pracujmy więc nad własną wiarą poprzez modlitwę, a także poprzez lekturę duchową czy słuchanie odpowiednich audycji. Prawdziwa wiara poszukuje zrozumienia, jak powiedział św. Anzelm z Canterbury, i tylko taka może podprowadzić do Chrystusa, jedynej nadziei człowieka.

ks. Łukasz Kadziński
7 września 2014, Nasz Dziennik

Autor: mj