Dozbrojeni w limuzyny
Treść
Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik
„Nasz Dziennik” ujawnia
Sześć luksusowych audi A6 zafundowało sobie wojsko
Modernizacja armii idzie pełną parą. Armia zainwestowała właśnie w sześć samochodów audi A6 po prawie 240 tys. zł za sztukę. Pojazdy trafiły do generalicji. Dwa zostały w Warszawie, w tym jeden do dyspozycji szefa Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych gen. Lecha Majewskiego.
Ministerstwo Obrony Narodowej pytane przez „Nasz Dziennik” o te zakupy potwierdza, że faktycznie limuzyny zostały zakupione, ale dwie, a nie sześć. Samochody zamówił Inspektorat Wsparcia Sił Zbrojnych, 1. Regionalna Baza Logistyczna poprzez 12. Wojskowy Oddział Gospodarczy w Toruniu. Jak tłumaczy Departament Prasowo-Informacyjny MON, auta zostały kupione w ramach przetargu nieograniczonego, zgodnie z Prawem zamówień publicznych, a oferent zgłosił się po dwóch nierozstrzygniętych wcześniej przetargach. Cena jednego samochodu wyniosła ok. 234 tys. złotych. Zadanie „zostało zrealizowane zgodnie z Planem Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych RP w latach 2014-15”.
Wojsko zamawiało auta klasy średniej, wyższej. To czarne sedany z przyciemnianymi szybami, dysponujące silnikami o mocy co najmniej 150 kW (ok. 200 KM) i wyposażone w większość nowoczesnych technologii stosowanych obecnie w motoryzacji. Auta mają dodawać powagi naszym generałom w strukturach NATO.
– Samochody te są przeznaczone dla dwóch najwyższych polskich przedstawicieli w strukturach NATO: gen. broni Janusza Adamczaka, szefa sztabu Sojuszniczego Dowództwa Sił Połączonych w Brunssum (JFC Brunssum), oraz gen. dyw. Janusza Bojarskiego, komendanta NATO Defence College – dodało MON.
Generał Adamczak objął stanowisko we wrześniu, generał Bojarski został komendantem w maju. Szkopuł w tym, że do błyskawicznej zamiany dysponentów samochodów przydzielonych generalicji stacjonującej w stolicy doszło dzień po tym, jak z pytaniami o zakupy zwrócił się „Nasz Dziennik”.
Indagowany o przydział samochodów resort obrony potwierdza te informacje, mówiąc, że wykorzystanie limuzyn w stolicy to tylko „krótki epizod”. MON podtrzymało też, że zakup dotyczył jedynie dwóch limuzyn.
Obydwa auta są przeznaczone dla naszych przedstawicieli w strukturach NATO. Natomiast do chwili ich przekazania za granicę, aby nie stały w garażu, zostały udostępnione na czas przejściowy innym użytkownikom – zaznacza ministerstwo.
Właśnie w takich okolicznościach jedną z limuzyn wojsko pochwaliło się na początku października, podczas finału międzynarodowych ćwiczeń „Anakonda-14”. „Czas przejściowy”, zdaje się, właśnie dobiegł końca, a szef DGRSZ przesiadł się do skody superb.
Rodzaj pozyskanego sprzętu może budzić zdziwienie, szczególnie w obliczu doniesień o aktualizowanym przez wojsko spisie aut obywateli, po które wojsko w razie potrzeby może sięgnąć. Jak tłumaczył Sztab Generalny Wojska Polskiego, armię interesują przede wszystkim auta terenowe o wysokiej mobilności i samochody ciężarowe. Tegoroczny limit świadczeń rzeczowych to 90 pojazdów samochodowych, które można wykorzystać przy zwalczaniu klęsk żywiołowych i likwidacji ich skutków oraz do ćwiczeń wojskowych. Zatem limuzyny raczej się tu nie przydadzą.
Luksusowe samochody w wojsku to nie nowość.
W 2011 r. na potrzeby armii za kwotę ok. 5 mln zł zamówiono 20 samochodów – wprawdzie terenowych, ale o podwyższonym standardzie. To także ćwierć miliona za sztukę, podczas gdy tego typu samochody można było kupić za połowę tej ceny. Generałowie mieli mieć wówczas obawy przed ich wykorzystywaniem, szczególnie że kosztowne auta kupiono w okresie, gdy budżet armii cierpiał spore niedostatki. Wojsko było też mocno krytykowane za nieprzemyślane wprowadzanie do użytku kolejnego modelu samochodu.
Jak informował resort obrony, zakupy pilotował wówczas Inspektorat Wparcia Sił Zbrojnych w Bydgoszczy, a zamówienie zrealizowała 1. Baza Materiałowo-Techniczna w Toruniu. Później auta, jako że miały być wykorzystywane podczas polskiej prezydencji w UE, trafiły do 10 Warszawskiego Pułku Samochodowego podlegającego Dowództwu Garnizonu Warszawa. Podobną drogę przebyły nowe A6.
Na tym jednak nie koniec dostaw „osobówek” dla wojska, bo toruński 12. Wojskowy Oddział Gospodarczy kupuje kolejne 10 samochodów. Tym razem już „tylko” klasy średniej. Armia chciałaby mieć pojazdy u siebie jeszcze w listopadzie. To srebrne sedany o silnikach dysponujących mocą co najmniej 125 kW (ok. 170 KM), o specyfikacji podobnej do kupionych limuzyn, ale już bez tak luksusowego wyposażenia. Z opublikowanych warunków przetargowych można wnioskować, że ich cena będzie oscylowała wokół 100 tys. zł za sztukę.
W środę nastąpiło otwarcie ofert. – Zgłosiła się jedna firma, której oferta przekroczyła zaplanowaną na ten zakup kwotę, w związku z czym nie podjęto decyzji w tej sprawie – informuje MON. Jak wyjaśnia resort, także te samochody zostały zaplanowane „do zabezpieczenia bieżących potrzeb Sił Zbrojnych, wynikających z planowej wymiany sprzętu starego na nowy”.
Warto dodać, że wiosną br. jednostka zamówiła 41 takich aut. W przetargu wybrano samochody Opel Insignia. Zapłacono za nie łącznie nieco ponad 3,8 mln złotych. To właśnie do tego przetargu, już po ogłoszeniu, „dorzucono” zamówienie na bardziej luksusowe audi A6. Ale oferty nie wpłynęły.
Kierunek: racjonalizacja
Odnosząc się do celowości zakupu limuzyn dla wojska, poseł Dariusz Seliga (PiS), członek sejmowej Komisji Obrony Narodowej, komentuje, że doposażenie wojskowych w drogie auta nie wydaje się koniecznością. Szczególnie w realiach polskiej armii. Być może wojsku wystarczyłyby samochody używane wcześniej np. w kancelarii premiera, które są okresowo wymieniane, a ich stan techniczny pozwalałby jeszcze na dalszą, ekonomicznie uzasadnioną eksploatację.
– Patrzę na tę sprawę m.in. pod kątem tego, co sobie myśli żołnierz: oficer czy podoficer, który od siedmiu lat nie miał podwyżki, a jego szef zmienia służbowe auto za kilkaset tysięcy złotych – ocenia poseł.
Zdaniem Seligi, tego rodzaju sytuacje wskazują, że należałoby się też zastanowić, czy „państwowe zakupy” nie powinny być ujęte w jednym systemie, który np. promowałby producentów funkcjonujących w naszym kraju i tu tworzących miejsca pracy.
– Być może działoby się to kosztem może nieco niższego standardu takiego pojazdu, ale z takiego zakupu czerpalibyśmy jakąś korzyść. Na pewno takie zamówienia byłyby też inaczej odbierane społecznie – ocenia.
Jak zaznacza Seliga, nie chodzi o to, by popadać w skrajność i bezrefleksyjnie ciąć koszty, sięgając po tanie samochody, o niższej jakości i trwałości, bo kończy się to podwójnymi wydatkami, ale o pewną racjonalizację zakupów. Lepiej przeanalizować możliwość skorzystania z systemu flotowego, który sprawdza się w biznesie i być może w strukturach państwowych też okazałby się korzystnym rozwiązaniem.
Marcin Austyn
Nasz Dziennik, 11 października 2014
Autor: mj